4 ŻYWIOŁY  L200

top

Victor Borsuk

Kitesurfing

Siedmiokrotny Mistrz Polski w Kitesurfingu, najbardziej utytułowany zawodnik kitesurfowego freestyle’u w Polsce. Na podium Pucharu Świata i Europy oraz w kraju stawał już kilkadziesiąt razy.

Wnuk Juranda, syn Marysi, siostrzeniec Zbyszka...

Urodził się w 1989 roku w Sztokholmie, w Szwecji, po pięciu latach przeprowadził się z rodzicami do Polski. Jako 14-latek, zaczął pływać na kitesurfingu, po trzech latach wygrywał już wszystkie najważniejsze zawody w Polsce.

image

Więcej niż trener

Doświadczony trener, organizator szkoleń i wyjazdów, jak również magister ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego, przedsiębiorca i, co ciekawe, osoba uprawniona do zasiadania w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa.

more Pokaż wywiad
Pływałem między rekinami w Australii, topiłem się na 10-metrowych falach na Maui, a kiedyś, po uderzeniu w wodę wypłynęło mi białko z oka. Nie zamieniłbym tego wszystkiego na żadne skarby świata – opowiada Victor Borsuk, mistrz Polski w kitesurfingowym freestyle’u.

Victor Borsuk, urodzony w 1989 roku. Siedmiokrotny mistrz polski w kitesurfingowym freestyle’u. W tej konkurencji zawodnik płynący na desce z użyciem latawca wykonuje jak najciekawsze/najtrudniejsze technicznie ewolucje w powietrzu.


No dobra, miejmy to za sobą. Skąd u Borsuka to V?
Urodziłem się w Szwecji. Tak się zostaje Victorem. Borsuka rodzice „przywieźli” z Polski. W Szwecji spędziłem pięć cudownych lat, ale moim domem jest Polska. Czuję, że jestem stąd i tu chcę mieszkać. Po Szwecji pozostała mi otwartość, skandynawski stosunek do ciała, no i to V i C w imieniu.


Kiedy zacząłeś na poważnie uprawiać sport?
Trudno powiedzieć, bo był w moim życiu od zawsze. Dziadek Jurand, ojciec Zbyszka i mojej mamy, Marii, a przy okazji dyplomata, uważał, że sport i nauka to dwie równoważne gałęzie w życiu człowieka. W praktyce wyglądało to tak, że gdziekolwiek szliśmy z bratem i dziadkiem, zaliczaliśmy ścieżki zdrowia, robiliśmy ćwiczenia czy biegaliśmy przeplatając to nauką angielskiego. Na przykład idziesz po drabince na rękach, zeskakujesz na chodnik i mówisz, że to pavement.

Brzmi idealnie…
I takie właśnie było. Myślę, że sporo zawdzięczam dziadkowi. Dziś jestem nie tylko siedmiokrotnym mistrzem Polski, ale też magistrem ekonomii i certyfikowanym członkiem rad nadzorczych skarbu państwa. Nie wiem, ilu profesjonalnych kitesurferów ma za sobą taki kurs.


Czyli Jurand…
Dziadek nikomu nie odpuszczał. W wieku 13 lata mama była mistrzynią Sztokholmu w biegach, wujek dostał powołanie do kadry w biegu na 100 metrów. Ale nie tylko dziadek był taki. Kiedy miałem 14 lat ojciec zapytał mnie, czy chcę zostać profesjonalnym kitesurferem. Postawił jeden warunek: „Będziesz jeszcze więcej pływał, ale i jeszcze więcej się uczył”. Ta nauka mnie specjalnie nie ucieszyła, ale czego się nie robi, żeby spełnić nastoletnie marzenia. Początki nie były łatwe, kilka razy strasznie mnie sponiewierało, przeciągnęło pod wodą i rzucało o nią z powietrza. Wtedy zabezpieczenie nie były takie dobre jak dziś… Czasem bardzo bolało, ale byłem zachwycony. W tamtym czasie wiodło się nam, jako rodzinie, całkiem nieźle, więc rodziców było stać na to, żebym cały sezon spędził na kempingu na Helu. Zresztą wtedy te kempingi były bez porównania tańsze niż dziś. Nawet po sezonie nie odpuszczałem, ćwiczyłem cały rok.


Moment przełomowy?
W wieku 16 lat wygrałem zawody Red Bull King of the Air, nagrodą był bilet na wielki finał na Hawajach. Wyobraź sobie; 16-latek wygrywa zawody Red Bulla i leci na Maui zmierzyć się z najlepszymi zawodnikami z całego świata! To było jak bajka, jak sen.


I jak się skończył?
Cóż… trochę jak u Hitchcocka. Podczas eliminacji do finału wpadłem w tunel powietrzny i wyleciałem ponad 30 metrów do góry. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie przeżyem niczego takiego. Latawce innych zawodników oglądałem z góry. To było chyba bliższe skokom spadochronowym niż mojemu dotychczasowemu doświadczeniu z kitesurfingiem. Kurczowo trzymałem się drążka i delikatnie manewrowałem latawcem aż do bezpiecznego lądowania. Po czymś takim przeszedłem do finałów z pierwszego miejsca. Te były rozgrywane na innej plaży, na Ho’okipie. Przychodzę rano na plażę, patrzę na ocean i jestem przerażony. Dotychczas, na Bałtyku kitesurfowałem na dwumetrowych falach. Te miały dziesięć, były monstrualne. Patrzę na innych chłopaków i widzę kilka podobnie nietęgich min. Ale byliśmy młodzi, głodni zwycięstwa i rzuciliśmy się na to. Pierwsza fala przykryła mnie momentalnie i sponiewierała tak, że nie da się tego opisać. Nie miałem pewności, czy uda mi się to przeżyć, byłem przerażony. Na szczęście bardzo szybko przypłynęli po mnie ratownicy. Musiałem łapać się takich sań doczepionych do skutera wodnego, a ratownik uciekał ze mną tuż przed załamującą się kolejną falą. Swoją drogą ja nie wiem, jak oni to robią, ale w ten sposób pracują przez cały rok. Nieco później ocean wypluł mój latawiec podarty na drobne kawałeczki, a ja poważnie zastanawiałem się, czy dokonałem dobrego wyboru życiowego.


Ale rozumiem, że uznałeś, że jednak tak?
Tak, ale zrozumiałem, że muszę jeszcze więcej ćwiczyć. Na drążku zainstalowanym w domu podciągałem się i obracałem niemal codziennie. W kolejnych miejscach, w których mieszkałem sąsiedzi tego drążka specjalnie nie lubili, bo gdy spadałem to zawsze z wielkim hukiem. W domu zresztą też udało mi się nieźle poobijać, okazało się, że nie potrzebuję do tego hawajskich fal. Później, jeszcze w tym samym roku, kiedy z MTV pojechałem do Brazylii, robiłem już bardzo szybkie postępy, prawie codziennie siadał mi jakiś nowy trik.


Sponsorzy, sława, piękne kobiety?
Haha, nie było aż tak różowo. Raczej namiot, gulaszu w konserwach i zupki chińskie z jajkami. Tak spędzałem miesiące na Rodos.


Nie brzmi to jeszcze jak bajka…
Było ekstra! Ale rzeczywiście, ludzie często sobie wyobrażają, że wystarczy raz coś wygrać i człowiek żyje jak król za pieniądze sponsorów. To nieprawda, o nich trzeba się bardzo starać. To osiągnąłem z czasem i na pewno pomogły mi studia. Wcześniej w naszym życiu zaszły jednak zmiany. Rodzinne finanse bardzo się pogorszyły i w zasadzie od 18 roku życia utrzymuję się samodzielnie, nieprzerwanie realizując swoje kitesurfingowe marzenia.
Pod koniec liceum zrobiłem sobie rok przerwy i pojechałem do Australii, do Perth. Spędziłem tam 5 miesięcy. Pracowałem w kawiarni Dome i codziennie pływałem. W kawiarni przydał się angielski Juranda, choć dziwnie na mnie patrzyli, kiedy przychodziłem z podbitym okiem, siniakami i obdrapaniami z sesji na wodzie.


Australia kojarzy mi się z niebezpiecznymi zwierzętami…
Kiedyś na plaży spod mojego latawca wypełzł jadowity wąż i poszedł pływać do wody… Innym razem stanąłem na kolczastej rybie coble i noga krwawiła mi bez przerwy przez 24 godziny. Ale i tak najgorsze było, kiedy przez problemy z latawcem musiałem wracać do brzegu półtora kilometra wpław, ciągnąc ze sobą deskę i latawiec. Wokół mnie pływały rekiny, a ja ze łzami w oczach modliłem się, żeby mi niczego nie odgryzły.


Nie jesteś już trochę za stary na bycie wyczynowym kitesurferem?
Wiek nie jest problemem w tej dyscyplinie. Najlepsi zawodnicy na świecie są co prawda młodsi ode mnie, ale tylko o dwa-trzy lata, nie o 10. Myślę, że do 40-tki można mieć wciąż wiele do powiedzenia. Ostatnie sezony były dla mnie trudniejsze z powodu kontuzji, ale wszystko jest jeszcze do nadrobienia. Teraz skupiam się na podróżach z latawcem, kręceniem inspirujących filmów i kreowaniu własnej marki . Wiem, nie brzmi to aż tak romantycznie, ale jestem już duży i nie chcę jeść miesiącami żarcia z puszki. Zresztą, takimi działaniami inspiruję innych, młodszych od siebie zawodników, a to też wiele znaczy. Kocham kitesurfing i to co się z nim łączy więc chciałbym, żeby inni poznali magię tego sportu.


rozmawiał Franek Przeradzki
more Ukryj

Galeria zdjęć

galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery
galery

Poznaj pozostałe żywioły l200

back Powrót na stronę główną